RSS
środa, 16 maja 2012
sor

szczerze mówiąc, ja nie miałam takich przemyśleń jak Mirka będąc na szpitalnym oddziale ratunkowym (podkreślmy tego samego dnia Mir miała zabieg). ale rzeczywiście, to dla mnie również nowe doświadczenie - raczej nie polecałabym nikomu. po dowleczeniu się wieczorem późnym do szpitala jako pacjent "zielony" zostałam oznaczona, a to równało się czekaniu od 4 do 6 godzin na przyjęcie - szczęściem dla mnie czekałam tylko dwie i pół. taki truizm z obserwacji wynikły: wobec choroby i różnych dziwnych zdrowotnych przypadłości wszyscy jesteśmy równi tak więc czy ładna ubrana pani czy zarzygany młody chłopak, albo babcia z milionem toreb i słomkowym kapeluszu - i  ja:  wszyscy wyglądaliśmy naprawdę tak samo. a moja jednak nie wyrostkowa przypadłość skończyła się na tym, że muszę porobić dodatkowe badania. początek tournee po lekarzach jutro - ale czuję, że będą schody bo dość nieświadomie oszukałam panią w rejestracji upierając się że mam skierowanie ze szpitala na usg....i ona wcisnęła mnie w tę dłuuuga kolejkę oczekujących. a tak naprawdę to nie skierowanie tylko wypis, ze szpitala, na żółtym papierze dodajmy...o.

18:57, themis83
Link Dodaj komentarz »
Oddział specjalny

Leżenie w szpitalu ma swoje plusy. Człowiek nabywa a) nowych umiejętności, b) odkrywa nowe możliwości. Oto lista moich plusów:

1. Nauczyłam się przy pomocy zmysłu słuchu odróżniać, kto akurat drepcze po korytarzu. To akurat jest prościzna. Lekarzy poznaje się po tym, że normalnie stawiają kroki - na zasadzie lewa-prawa-lewa-prawa, podnosząc przy tym stopy. Natomiast pielęgniarki właśnie stóp nie podnoszą, raczej szurają butami typu crocksy po podłodze, jakby uprawiały narciarski bieg.

2. Można odkryć w sobie nową umiejętność leżenia bez ruchu przez kilka godzin. Przy czym dodam, że po sześciu godzinach liczyłam na to, iż wstanę i pójdę normalnie siku. W tym celu a) prawie nic nie piłam, żeby mi się nie chciało siku, b) jak po czterech kroplówkach i tak chciało mi się siku, to nauczyłam się po prostu udawać, że mi się nie chce. ALE zostałam oszukana. Bo po sześciu godzinach pielęgniarki jedynie zmieniły mi rodzaj opatrunku i powiedziały, że nadal muszę leżeć. LUZ. Czyli musiałam skorzystać z basenu...

3. Czyli to już nowa umiejętność, której wolę nie wspominać. Sikanie w basen wiąże się z ciężką traumą na całe życie.

4. Można także polubić pyszne szpitalne jedzonko typu margaryna, okropna wędlinka i pseudo-dżem.

5. Nocą można usłyszeć prawdziwą próbę oddziałowego chóru. Cała gama dźwięków CHRAPANIA.

6. I najważniejsze. Można liczyć na to, że ktoś człowiekowi wreszcie rzetelnie opowie emkę. Mama Szymona (którą właściwie znów powinnam nazywać Ciężarówką) zadzwoniła i ze szczegółami opowiedziała cały odcinek, nie żałując własnych komentarzy i uwag.

7. Można też liczyć na to, że najbliższa przyjaciółka od bloga tak bardzo człowiekowi współczuje, że... sama ląduje w szpitalu. Wprawdzie w gdańskim, ale zawsze to jakaś forma wczucia się w moją sytuację (było podejrzenie wyrostka, ale skończyło się na szczęście w miarę niegroźnie. Tylko - na Boga! - Olciu, zrób badania!!!!).

8. Można też dostać dostawę batoników od kogoś miłego. I bezkarnie je zjeść!

Luz.

M.

13:55, themis83
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 maja 2012
hello kitty

to co najlepiej (tzn estetycznie i obyczajowo) wypadło z mojej podróży do domu w  ten weekend to sesja zdjęciowa - oczywiście ta sesja przed oficjalną sesją...w roli głównej Madzia!

 

 

 

 

 

o.

18:58, themis83
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 maja 2012
Uzgadniamy fakty

Oj źle wpłynęła na mnie wizyta Olci. Grzecznie i kulturalnie było tylko na meczu, kiedy byłyśmy jeszcze trzeźwe. Po meczu była burza. A po burzy - wino, miasto, gin z tonikiem, piwko, wódka... Olcia mi właśnie opowiada końcówkę wieczoru, bo jakoś uciekły mi niektóre fakty. Na pytania dotyczące wczorajszego wieczoru nie potrafiłam odpowiedzieć, bo zwyczajnie nie mogę ich sobie przypomnieć. Ale podobno bawiłam się dobrze, więc luz. Dziwne jest to, że ja się dziś w miarę dobrze czułam, za to Olcia do tej pory nie może nawet myśleć o alkoholu, bo ją nadal mdli.

Jutro do szkoły. Pobudka o 5.

M. 

 

20:22, themis83
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2012
P jak...

... patyczaki

Bo właśnie zostałam właścicielką dwóch takich stworzeń na chudziutkich nóżkach. Mieszkają na razie w słoiku po malinach, dostały do jedzenia małego liścia. Ale jak podrosną, to zrobię im ładny domek, umebluję gałązkami i będę z nimi rozmawiać. Patyczaki wykluły się z małych jajeczek. Dostałam je od pewnego młodzieńca, który te jajeczka po prostu trzymał w pudełku przez całą zimę i wreszcie doczekał się wesołej patyczkowatej gromadki. Mnie te stworzenia napawają dziwnym optymizmem, bo tak sobie rosną, praktycznie nie wymagają niczego, tylko żeby im od czasu do czasu do domku wrzucić jakiś listek zielony.

... pończochy

Bo zrobiło się dziś bardzo ciepło. Więc sobie pomyślałam, że nie będę sobie odparzać tyłka w urzędzie w rajstopach i założę wygodniejszą wersję pończoszaną. Do tego sukienka, więc generalnie - z założenia przynajmniej - wygoda maksymalna gwarantowana. Luz. Inna sprawa, że przy planowaniu garderoby nie uwzględniłam faktu, iż muszę rano iść na badania. W dodatku takie, które wymagają właśnie gołych nóg. Ale luz. U lekarza dyskretnie pończochy zdjęłam, po czym po badaniu je założyłam i dziarsko ruszyłam do pracy. Tyle że producenci pończoch prawdopodobnie nie wzięli nigdy pod uwagę tego, że kobieta może mieć 180 cm wzrostu, więc jak sobie te rajty porządnie naciągnie (tak żeby nie wystawały spod sukienki, bo okazało się, że sukienka też wcale nie jest taka długa, jak myślałam, że jest), to one zaczynają się kurczyć, rolować, zwijać, a w efekcie - zjeżdżać na dół (dodam, że były to tzw. pończochy samonośne). No i dopadło mnie takie zjawisko w okolicy parku Tysiąclecia. LUZ. Zatrzymałam się, rozejrzałam po parku, po czym energicznie pończochy podciągnęłam w górę uda... Ale akcja miała swoją powtórkę, a drugi raz już tak naciągnąć się nie dało, bo zaczęły zjeżdżać z typową złośliwością rzeczy martwych. Luz.

Ławka. Torebka po jednej stronie, komputer po drugiej stronie. Rajty out. Do pracy w gołych nogach...

Pójdę dziś do Focusa po zapas normalnych rajstop na lato.

M.

14:54, themis83
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 maja 2012
szopka w rathaus

muszę to puścić. zdjęcia z poniedziałkowej konferencji prasowej. bo Wajda znowu kręci w Gdańsku, oczywiście film o panu z wąsem kręci.

ekipa:

a w roli głównej na konfie....

nigdy nie sądziłam, że zobaczę na żywo i tym bardziej usłyszę Janusza Głowackiego!!!! (podnieciłam się jak pensjonarka :), doprawdy zero profesjonalizmu z mej strony, zero)

o.

00:19, themis83
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 maja 2012
prawie!

w ostateczności zabrakło 4 do remisu

zostaje jeszcze wtorek, piątek, niedziela czyli dobrze lepiej i najlepiej :).o.

20:37, themis83
Link Dodaj komentarz »
Majówka - reset

Ja majówki tak bogatej we wrażenia i przygody jak Olcia i Czarownice to nie miałam. Chociaż też był plener, było słońce, były lody czekoladowe każdego dnia i czerwone wino.

Plaży miałam namiastkę, raz nawet prawie otarłam się o Hel - miejsce takie, w którym droga lądowa się kończy, a o wodnej ktoś - owszem, pomyślał - ale zapomniał wybudować. Plus taki, że było cieplej niż na prawdziwym Helu.

O clubbingu w ZG w ogóle mówić ciężko, choć zaliczyłam jeden lokal, co to się reklamuje, że w nim się imprezy zaczyna i kończy, tylko zapomnieli ludziom jeszcze powiedzieć, żeby tam przyszli już najlepiej po pijaku, bo na trzeźwo to tam trudno klimat załapać (frekwencja wynosiła zresztą jakieś 10-15 osób, z czego 90 proc. to młodzi, opaleni chłopcy z okolicznych techników w ściśle przylegających białych koszulkach z nadrukiem, tudzież w odświętnych niedzielnych koszulach). A na zakupy to się dopiero zamierzam wybrać, bo lato wielkimi krokami nadchodzi, a ja nie mam sandałów. 

Emocje związane z meczem Zastalu towarzyszyły mi raczej w wersji ubogiej, bo wyniki na żywo śledziłam on-line, bez wczuwania się w akcje, a jedynie w cyferki. Przerżnęli niestety, choć, jak sądzę - nie bez walki. Tymczasem rewanżyk zapowiada się w ZG starym składzie na trybunie - czyli z Olcią, co mnie niezmiernie cieszy. 

M.

15:39, themis83
Link Komentarze (3) »
sobota, 05 maja 2012
majówka - review

na majówkę: nie wyjeżdżałam, nie brałam urlopu, nie opalałam się. miałam za to gości - przyjechały czarownice rezygnując z wyjazdu do Drezna - co cieszy tym bardziej :). trochę nieskładnie wszystko wyszło, bo majówkowy tydzień był posiekany: praca wolne praca wolne praca. a to oznaczało mnie niewyspaną i totalnie nieogarniętą. i jeśli czarowniczki to czytacie wielkie sorry jeszcze raz za ten nieporządek w domu!!! niemniej było przyjaźnie (to nasze nowe słówko, którym urozmaicamy sobie opisywanie rzeczywistości i zjawisk)

 

HEL

(dodałabym jeszcze jedno "L" na końcu i też bym nie skłamała....  w całej Polsce +30, na Helu  +5. mimo pięknej pogody, pizgawka skutecznie uniemożliwiała pełną radość na otwartej przestrzeni plażowo-morskiej. a na Hel popłynęłyśmy sobie 1. maja. dwie godziny w jedną stronę tramwajem wodnym. byłoby super gdybym pamiętała, że jednak choroba morska jest tez i moim udziałem. z Marzenka naćpałyśmy się aviomarinem w drodze powrotnej - choć ona już w drodze na Hel też była dźiabnięta. a ludzi na tym statku tyle ile brudu w Bałtyku - w bród.

clubbing

aż wierzyć się nie chce, że poszłyśmy na nocna szlajkę po Gdańsku. to było 2. maja. zaprowadziłam dziewczyny najpierw w miejsce powiedzmy to kultowo-kulturalne. ale tam była nuda akurat. po słodkim drinku zawinęłyśmy się do dyskoteki w centrum miasta i tam do 2.00 wywijałyśmy na ciasnym parkiecie. na 100 % byłyśmy najstarszymi fokami w tym lokalu (wliczjąc w to kelnerów i ochronę)

 

plaża

punkt obowiązkowy majówkowego programu nad morzem. a co można robić na plaży? jak to co??? marznąć!! to jedyna słuszna odpowiedź. chociaż dziewczyny niby się opalały. ja bez kurtki, ani rusz. ale podkreślmy - pogoda była piękna, tylko zimno.

 

zakupy

Ewa kupiła plakat. Marzena bransoletkę. a ja całą kasę wydałam na jedzenie. i kawę. i parking.

 

dziewczyny już pojechały. ja wsiadłam dzisiaj na rower w końcu i  popedałowałam do dwóch wiosek okalających Pruszcz - tak nie planowo, z rozpędu. jeden pedał wściekle piszczał, ja miałam niedogoloną łydkę, i na dodatek w ten pedał wkręciłam sobie sznurowadło od adidasa. mało brakowało, a depilację mojej nieodepilowanej łydki zaliczyłabym sunąc po asfalcie, ale szczęściem w porę zahamowałam i odkręciłam tę sznurówkę. a teraz? teraz czekam na wieści z ZG. bo od wczoraj załatwiam sobie wejściówkę na półfinały TBL (bo ten majówkowy break okazał sie pomyślny dla naszych koszykarzy :)). normalnie staję na rzęsach, żeby dali mi chociaż bilet za który zapłacę, a są taaakie schody, że już nie mam siły się po nich wspinać. nienawidzę się narzucać, a żeby to załatwić, musiałam to zrobić. no nic. wygląda na to, że relacja z Zastaliku czeka mnie w radiu, a nie na żywo. wielka szkoda. zresztą Gdynię lubię najmniej (bo w Gdyni te półfinały, które mnie akurat interesują) ;P.o.

20:18, themis83
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 maja 2012
Bez dymu

- Pali pani? - zapytała mnie kardiolożka w szpitalu. I co ja miałam odpowiedzieć? Powiedziałabym, że tak, to raczej bym skłamała. Bo uzależniona nie jestem, nigdy nie palę w pracy, potrafię bez papierosów żyć, brak dymka nie powoduje u mnie drżenia rąk, czy napadów paniki. Powiedziałabym, że nie, to też bym skłamała. Bo przecież czasem po fajeczkę sięgam. A że najczęściej w przy alkoholu i to raczej tylko w weekendy... - Tylko w weekendy - odpowiedziałam. Pani kardiolog zrobiła wielkie oczy. Nie skumała, że tak w ogóle można. Temat ciągnęła dalej, ja się głupio tłumaczyłam ze swojego nie-nałogu. - Ale wie pani, że to szkodzi? - usłyszałam. No wiem, wiem. Piszą o tym na opakowaniu. 

Decyzja o całkowitym rzuceniu była właściwie koniecznością. To nawet coś więcej niż (zdrowy) rozsądek, poczucie winy i wyrzuty sumienia wobec własnego zdrowia. To trochę jak taki heroizm. Ja - właściwie nie paląca, ale sprawiająca sobie od czasu do czasu odrobinę przyjemności z zaciąganego w płuca dymu - rzucam palenie. I najlepsze. Nawet nie dostałam szansy, jaką mają więzienni skazańcy, na ostatniego dymka. Luz. Dałam radę. Szukam tylko substytutu.

M. 

PS Do trzech trójmiejskich długoweekendowych czarownic: Dziś w ZG lekkie załamanie pogody. Lekki deszcz i znaczne ochłodzenie - do 26 stopni! HAHAHAHA! POZDRAWIAM CIEPŁO! 

12:58, themis83
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 kwietnia 2012
nihil novi sub sole

W słowach tylko chęć widzim, w działaniu potegę. Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę. Micek nasz wieszczu dobrze prawił niegdyś. oto chciałam ja zrobić masę pożyteczności na weekend i jeszcze odpocząć. wyszło troche lepiej niz zwykle - czyli śliznęłam sie po powierzchni moich zamierzeń. ale co za nerwy były chwilami. a nerwy to wiadomo - mój stan naturalny. i tak weekend minął. bez-powrotnie w takim kształcie:

1. awaria karty płatniczej. pełen kosz zakupów za dwie stówy iiii tekst kasjerki: terminal odrzuca pani kartę, raz, drugi...pobliski bankomat to samo. spalona wściekłością i wstydem udaje mi sie panią przekonać, że za moment podjadę z gotówką. zostawiam kosz i w te pędy do domu, albo do banku, przed bankiem kolejka, więc azymut: dom. a  do domu daleko niby nie jest, ale że sobota o 10.00 w Pruszczu oznacza ciżbę na drogach nie miłosierną, to już zdążyłam zapomnieć. zlana potem docieram do chaty. potem znowu tesco. zakupy znowu musiałam jeszcze raz skasować, ale już bez stresu. a bank??? w Pruszczu w soboty jest zamknięty. nie powiem, że luz, ale inne krótkie słowo pcha się do wyartykułowania...

2. rozmrażanie lodówki, która od nowości (5lat) nie była rozmrażana - przygoda mrożąca krew w żyłach - bryły lodu się sypały, coś sie oberwało wewnątrz zamrażarki i rozcięłam sobie palec. ostatecznie po 11 godzinach (nie)cierpliwości udało się! wynioslam przy okazji 3 ogromne reklamówki przetreminowanego jedzenie - przede wszystkim Mery - jeszcze za czasów kiedy była ona studentem....ma-sa-kra

3. gorący weekend w Polsce nie oznacza gorącego weekendu nad morzem naszym - Bałtyckim. dzisiaj ubrałam sobie legginsy, bluzeczke na ramiączkach na to sweterek i pojechałam do Brzeźna na plażę. wyjęłam kocyk z plecaka i zamiast sie na nim położyć, się nim szczelnie opatuliłam. a po godzinie zamiast do Sopotu plażą poszłam chodnikiem na najlbiższy przystanek tramwajowy i wylądowałam w Gdańsku a potem w Pruszczu.ale największe hardcory wystawiały tyłek w bikini do słońca i dały się dmuchnąć arktycznemu wiatrowi. ja oczywiście tez miałam to w planach, ale jednak jestem za cienka  w te klocki. brrrr.

4. Zastal na deser - Zastal w Słupsku. i żal się przyznać - jestem kibicem sukcesu. i jest mi wstyd. na początku czwartej kwarty byłam pewna - przegramy i tak do końca myślałam, a tu na 4 sekundy przed syreną końcową, wchodzi Stelmi iiiii rzucam się na kolana przed ekran. co za mecz, co za marny ze mnie kibic. teraz Marzenka z Ewą będą, więc środowy mecz nr 5, odsłuchany z radia,  na 3 głosy będzie :).o.

20:30, themis83
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 kwietnia 2012
olka na rolkach

majówka przed nami. w Trójmieście - dzikie tłumy. na stacjach PKP, na ulicach i na słynnym Monciaku - tu lans wszelakiej maści turystów we wszelakiej maści szmatach wszelako noszonych. pogoda zapowiada udany weekend, ja tymczasem czynię przygotowania do przyjazdu gości - czyli porządki i zakupy. to, co mamy w chacie to obraz nędzy i rozpaczy (dzisiaj rano trzy razy się przebierałam przed wyjściem do roboty a po wyjściu musiałam się cofnąć i czwarty raz przebrać, bo przecież parówa zabiła mój fresh look. w związku z tym cala zawartość szafy wylądowała na niepościelonym łóżku. do tej pory omijam mój pokój szerokim łukiem. tam jest epicentrum tej nędzówki. w kuchni nie lepiej, a lodówce, bez komentarza). ale w sumie nie o tym chciałam a mianowicie o tym, że dzisiaj pierwszy raz od x czasu założyłam rolki. i powiem tyle: mierz siły na zamiary. myślałam, że będę niczym ta nimfa sunąca na butach z kółkami a tu: pokraka błagająca ziemię by zniosła grawitację! cudem, cudem się nie przewróciłam. zrobiłam jakiś kilometr z okładem na tych rolkach, Michalina z która się wybrałam udzielała wskazówek i podtrzymywała - nie tylko na duchu -cobym nie odpaliła wrotek z powrotem. dałam radę. było ciężko. tekst o tym, żeby się nie poddawać zadziałał na tyle, że chyba to nie był mój ostatni raz. i po tej pokracznej pseudojeździe boli mnie wszystko od pasa w dół. a to dobry znak. rolki były pożyczone z regulowaną długością stopy i okazało się, że najmniejsza długość jest na mnie za duża. jutro wybiorę się na dział dziecięcy do sportowego, może coś doradzą (ciekawe czy mają taki model z kieszonką na halluxa???):). o.

22:31, themis83
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 kwietnia 2012
Wołacz

"Dzięki, ciociu" - powiedziała Magda, lat dwa i prawie pół, używając wołacza, po tym jak odkręciłam jej butelkę z piciem. Dosłownie minutę przed tym do Kasi powiedziała "Dzięki, mamo", a ja wpadłam w zachwyt, że dziecko zna się na deklinacji rzeczowników, chociaż 90 proc. polskiego dorosłego społeczeństwa nie przywykło do zwykłej odmiany nazwisk, a już tym bardziej do stosowania niedocenianego przypadku, jakim jest wołacz. Ale pomyślałam sobie, że kwestia "dzięki, mamo" jest na pewno wyuczona, więc nie ma co przeceniać umiejętności dwulatki. "Dzięki, ciociu" rozwaliło mnie totalnie. Magda będzie językoznawczynią. Już to wiem. Kasi nawet tego nie mówię, bo się pewnie zjeży. Ale tak będzie.

Genialne.

M.

12:03, themis83
Link Komentarze (1) »
środa, 25 kwietnia 2012
Dwa papierki

Nie takie to proste - wziąć szkoleniowy urlop i napisać pracę. Taki był plan. Mało tego - ponieważ powszechnie wiadomo, że człowiek siedzący w domu dla nauki niewiele jest w stanie zrobić, bo nagle przypomina sobie o całej masie pilnych rzeczy do wykonania, jak chociażby natychmiastowe mycie okien, które wcześniej były średnio brudne, a nagle wydają się być bardzo brudne,  porządki w ciuchach, które nagle weszły w stan chaosu i nieładu, czy nawet rozmrażanie lodówki, która przez ostatnie pół roku była bajkowo skuta arktycznym lodem - pomyślałam sobie nawet że moją pracę dyplomową napiszę w bibliotecznej czytelni. Czyli w ciszy, spokoju, bez czynników rozpraszających typu parzenie herbaty, czy jedzenie jogurtów.
Taki był plan.
Ale wystarczyły dwie wizyty u lekarzy, żeby w ciągu jednego dnia wzbogacić się o dwa nowe papierki w domu - dwa skierowania do szpitala. Na dwie różne rzeczy. Pół biedy, że oba skierowania są do jednego szpitala. Luz. Póki co - nadal się urlopuję. Szkoleniowo.

M.

13:37, themis83
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 kwietnia 2012
zbieranie się

za szalony weekend płacę do dzisiaj. a objawia się to tak: praca ogranicza się do jednego, dwóch materiałów dziennie - a normalnie trzaskam 4 - 6. przychodzę o 14.00 do chaty i idę spać i tak od poniedziałku. i to takim snem padam, że budząc się nie wiem gdzie jestem i skąd się tu wzięłam. dzisiaj po takiej drzemce , miałam iść na wieczorny materiał a tu telefon z pracy - nie musisz jak nie chcesz, grzecznie podziękowałam, specjalnie nie podkreślając faktu, ze cholernie mi się nie chce iiii zrobiłam porządki z myciem podłóg, potem wskoczyłam na rower. teraz ledwie siedzę przed monitorem, bo rowerowe szaleństwo do lidla i z powrotem przypłaciłam bolącymi kośćmi od dupy strony. no i podkreślmy słucham relacji z CRSu. Walter szaleje, trzecia trojka z rzędu cyt o Walterze: "On dziękował Bogu z  pierwszy mecz, a teraz Bóg go natchnął" - wspaniale te relacje z radia. można się autentycznie wzruszyć i ze śmiechu zesikać. obyśmy tylko nie płakali po tej plejofowej szopce. a tu inna szopka z dzisiaj. Sławek i Slavko, albo Pivko i Vodko - jak ktoś trzeźwo zauważył :)

o.

19:37, themis83
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 kwietnia 2012
klęska urodzaju

w dwa dni, trzy imprezy. (a zazwyczaj trzy dni zero imprez) bilans alkoholowy: 1 piwo, 9 drinków i butelka wina. podkreślenia godny jest myślę fakt taki, że po takiej dawce powiedzmy  nie-spania daję radę fizycznie, choć dzisiaj wyglądam na 5 lat starszą, czyli na swój wiek właściwy :). i w końcu, w końcu wyszłam z domu z osobą nie będącą z mojej rodziny. na ostatnią - trzecią imprezę tego weekendu zaprosiła mnie nowopoznana koleżanka, która pracuje dla wiodącego portalu internetowego, wróciła do Gdańska po latach tułaczki to tu, to tam a, że znajomych już nie ma w rodzinnych stronach to musi na nowo się ogarnąć. bardzo kolorowa postać. i normalna na szczęście. bawiłyśmy na postoczniowych terenach do czwartej rano, w Pruszczu zlądowałam bladym świtem - aaa ptactwo taką nutę o poranku zapodaje, że normalnie do chaty wracać się nie chce. oczywiście weekend dopiero teraz mógłby się zacząć, no ale co zrobić? tyłek w troki i jazda ku nowej przygodzie. o.

 

PS aaa po tych wszystkich imprezach zaliczyłam spacerek jelitkowską plażą. oczywiście wiało.

nowy na spacerze:

nowe na spacerze:

widok

a tu chłopaki z MLH coś zgubili, zapewne po ostatniej sesji zdjęciowej na plaży :)

19:16, themis83
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 kwietnia 2012
nerwy bez przerwy

po tygodniu pomieszkiwania w Gdańsku z powrotem przeniosłam się do Pruszcza. i mam już serdecznie dosyć: pakowanie, rozpakowywanie. zmiana diety, nawyków itp. a poziom frustracji dzisiaj sięgnął stanu, w którym to niemal skopałam netbooka w pobliżu fontanny Neptun będąc, bo internet się zawiesił a mi było mega mega spieszno. i jeszcze rumuniątko się doczepiło, kiedy na wnerwie kupowałam fajki - do tej pory żadnej nie ruszyłam - no myślałam, że z liścia strzelę  dzieciakowi jak wyciągnął brudna ręką brudny kubek po jałmużnę. nie ma co jutro muszę po jaką waleriankę do lokalnego szamana się przejść, bo inaczej napiszą o mnie lokalne gazety, ze krewka blondynka  z odrostem bije innych. ciotka dzisiaj oznajmiła: ja cię nie znałam nigdy spokojnej. zawsze jesteś niezadowolona. pogódź się z życiem, czemu się pieklisz? bo Tak, bo tu piekło a ja się spalam non stop. ta sama ciotka dzisiaj wyjeżdżała w podróż daleką z Gdańska i dzwoni z trasy: jestem w Kruszwicy - weź zobacz czy nie zostawiłam kurtki. tak zostawiła, zapakowała się do auta bez palta. widać po sześćdziesiątce można być bardziej zakręconym ode mnie. Jezu, co to będzie na starość ze mną? o.

22:25, themis83
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Cały maraton katarowy

I choćbym chciała, to w półmaratonie bym nie pobiegła. Bo ja tej wiosny zafundowałam sobie cały maraton - bólu gardła, zatok, przewianych uszu, ale przede wszystkim - kataru. Temat jest już tak nudny, jak Oli gadanie o tym, że jest za gruba. Ale w moim przypadku to niestety prawda. I chyba nawet jako dziecko nie chodziłam taka zasmarkana i poprzeziębiana, jak w ciągu ostatnich miesięcy. Ludzie patrzą już na mnie z politowaniem. Dziś w pracy od jednej pani dostałam nawet tabletkę, po której smarki miały mi minąć na co najmniej 12 godzin. Efekt był taki, że smarki zostały, a doszedł ból brzucha. Od tej tabletki. Luz.

Ale generalnie istnieje taka tendencja na zrzucanie winy na "panującego wirusa". Jak tylko dwie albo trzy osoby w otoczeniu są chore, to tzw. znawcy tematu komentują, że po prostu panuje taki wirus, który daje takie objawy. Najczęściej dotyczy to wymyślonej przez ludzkość choroby zwanej grypą jelitową. I nic to, że lekarze mówią, że nie ma takiej jednostki chorobowej. Jak ktoś ma zwykłą za przeproszeniem biegunkę, to musi mówić, że ma grypę jelitową. Albo jeszcze lepiej. Samozwańczy eksperci mówią, że to rotawirus. A prawda jest na pewno taka, że wymyśliły to koncerny farmaceutyczne, które zbijają na tym kasę - na szczepionki i leki. Luz. Ja tam w żadne wirusy nie wierzę. I mówię po prostu - że się przeziębiłam, bo się w święta na spacerek na wielkanocne śniadanie za lekko ubrałam. I już. I luz. Katar pewnie sam przejdzie.

M.

21:43, themis83
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 kwietnia 2012
półmaraton

na pozór, bez szału. przytokowe wrota nie powalają. ptactwo luzem:

ale trochę dalej robi się ciekawie. wiosna, kolory, truskawki w śmietanie:

a im dalej w las tym...na przykład żółw!

ale nie o żółwie tu chodzi, tylko o półmaraton oczywiście:

...w którym to oczywiście nie pobiegłam. ale inni biegli - ten pan wygrał - godzina piętnaście, czy coś:

Mir niestety nie dotarła jako kibicka. ale już mogę rzec, że za rok znowu zrobimy podejście, by w niepamięć puścić ostatni wynik półmaratonu sprzed roku. o.

PS dzięki kochani za super sobotę!

18:12, themis83
Link Komentarze (1) »
środa, 11 kwietnia 2012
3 2 1 i ZG :)

piwo bez gazu, fajki i lody - wieczór środowy czas zacząć. praca praca i Zastal z radia - bo dzisiaj gramy z Treflem. ogólnie - maskara. oko lepi się do kreski krzywo namalowanej na jego dnie, a w głowie łupie nieprzyjemnie. no, ale co tam jak obowiązki to obowiązki. a mam ich od cholery - bo znowu zostałam sama na polu bitwy - do ogarnięcia blisko milionową metropolię, bo ludzie z redakcji na wyjazdach, więc mam podwójną robotę. eurosraczka zaczęla się na dobre - więc tematów nie brakuje. przyznam, ze jestem zestrachana tym, co za 58 dni nastąpi. na pewno nie raz zakręci mi się w głowie od nawału obowiązku, obcojęzyczności i ii tych przystojniaków biegających na boisku :). póki co tu i teraz jest już wystarczająco gorąco. na ochłodę - emocjonalną też - jadę do ZG już pojutrze będę tam z moimi ludziskami kochanymi. a w sobotę spotkamy się w Przytoku. hej! o .

19:33, themis83
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
znowu gdzieś tam

przez 3 dni zrobiłam za kółkiem blisko 670 km, wydałam 300 zł na paliwo i pochodne, raz się poryczałam w drodze błądząc. takie to były święta. u rodziny. jak pstryknięcie. nie najadłam się jak zwykle i nie nagadałam się jak zazwyczaj. za to co zauważyłam - banał - skutki uboczne upływu czasu: po pierwsze - babcia zapadła się w sobie, jest coraz mniejsza, chudsza i nieobecna. alzheimer ją rozkrada - nawet fizycznie. twarz ma pooraną jak pole przed zasiewem śmierci . dwa - dogaduję się w rodzinie sto razy lepiej i szybciej z sześćdziesięciolatkami niż z dwudziestkami i trzydziestkami. to jest normalnie szok. nie ma o czym z tymi drugimi gadać - co było nie do pomyślenia jeszcze z 10 lat temu, w końcu razem się wychowywaliśmy. za to ci pierwsi - są niezwykli z całym tym swoim bagażem życiowych kamieni. po trzecie Mirka napisała esemesa dzisiaj: "Rok temu. Półmaraton. Buziaki." po czwarte - najmłodsi z rodziny (nie licząc Magdy) zaplanowali i policzyli swoje śluby-wesela. jest mi strasznie gorzko. (i z tego też powodu nie ma się z kim całować choćby). o.

23:25, themis83
Link Komentarze (1) »
wtorek, 03 kwietnia 2012
Dno Raffaello

Można dostać w pracy spóźniony prezent urodzinowy - pudełko Raffaello. Można postawić je daleko od siebie, żeby nie kusiło. Można krzesłem na kółkach podjeżdżać co chwilę do tego pudełka, sięgać do środka ręką i tak sobie przyjemnie podjadać kokosowe kulki. Można to robić tak długo, aż sięgnie się dna.

Dna pudełka.

Oczywiście luz.

M.

17:09, themis83
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
odlecieć

czasem tak bywa, że razem z tym co tu i teraz wysadziłabym się w powietrze. i właśnie ten czas nadszedł. dlatego:

ja poproszę tam, gdzie:

- c i e p ł o

- można się w y s p a ć

- ładnie

- spokojnie

- PRZYGODA (ewentualnie narzeczony

                     ewentualnie żółwie)

- Mircia też będzie chciała (:))

dziękuję. o.

21:01, themis83
Link Komentarze (2) »
PKP*

Rzadko irytuję się codziennością na tyle, żeby od razu odczuwać konieczność podzielenia się tym ze światem. Niedzielna podróż do Poznania jednak była tak dużym przeżyciem, że nie wypada nawet dusić tych doświadczeń w sobie.

Zaczęło się o 5.30 rano, kiedy musiałam wstać. A przypomnę jeszcze raz - gdyby ktoś ten fakt przegapił - to NIEDZIELA. Pociąg o 6.37. I nie wiem, czy to chytrość i wyrachowanie, czy zwykły spryt, ale przed okienkiem kasowym o tej 6.30 tak mnie oświeciło, że ostatnio koleżanka z uczelni - również dojeżdżająca pociągami na zajęcia - opowiedziała mi, że korzysta z jakiś takich specjalnych biletów turystycznych, tudzież weekendowych, które generalnie wychodzą taniej. OCZYWIŚCIE w życiu nie dowiedziałabym się tego od pani w okienku, bo po co informować pasażera o alternatywnych możliwościach, skoro można NIE informować.

Pytam zatem panią w okienku - a) czy jeśli kupię taki bilet, to będę miała taniej (odp.: tak), b) czy na ten właśnie bilet będę mogła wrócić również pociągiem, który wyjeżdża z Poznania o godz. 16.49. I tu z odpowiedzią jest gorzej. Pani mi mówi, że to jest bilet na pociągi osobowe. I w tym momencie zaczyna się moja irytacja. Lekka na razie. Bo dla mnie pociąg to RACZEJ jest osobowy, bo chyba że towarowy, a towarowym jechać nie zamierzam. Ale przypomina mi się, że w kolejarskim slangu rozróżnia się kategorie "osobowy" i "pospieszny", więc się uspokajam i pytam jeszcze raz - czy zatem ten pociąg z Poznania o godz. 16.49 jest osobowy, czy nie i czy będę mogła nim wrócić na ten właśnie turystyczno-weekendowy bilet? "Osobowym będzie mogła pani wrócić" - słyszę w odpowiedzi. Słowa różne cisną mi się na usta. Ale że na dworcu pełno bezdomnych, to się wyrażać brzydko przy ludziach nie będę. Brnę już w to na ślepo. Kupuję. Płacę.

STOP.

Okazuje się, że jest to bilet imienny. Dobra. Luz. Podaję pani imię me i nazwisko. ("Przez u otwarte?" - słyszę z okienka...).

LUZ.

I tu muszę teraz wtrącić małą dygresyjkę, zatem odbiegnę na chwilę od głównej fabuły. Otóż przygody z pociągami tego dnia mam nie tylko ja. Wchodzę do pociągu i myślę sobie, że może chociaż konduktor jest bardziej kumaty, to mi na pewno fachowo i rzeczowo odpowie - czy wrócę na ten bilet, który już zresztą zakupiłam, czy nie. Tak lub nie - dwie możliwości. Pytanie trudne nie jest. Więc mi pewnie odpowie. Widzę na horyzoncie pociągowym konduktora (maszynistę?). Rozmawia akurat z młodą dziewczyną. Chcąc nie chcąc - rozmowie się przysłuchuję. Okazuje się, że dziewczyna jedzie do Piły. I próbuje ustalić, czy tam w ogóle dojedzie. Bo o godz. 14 (a przypomnę, że nadal mamy godz. 6 rano) ma egzamin, na który czekała cztery miesiące. Panna dowiaduje się od konduktora, że nasz pociąg wjeżdża na stację Poznań Główny o godz. 9.10, tymczasem pociąg z Poznania do Piły odjeżdża o 8.55. Panna w ryk. Beczy i mówi, że sprawdzała przecież rozkład w internecie i (uwaga) pytała jeszcze panią w okienku, czy dojedzie, czy nie i wszędzie jej mówiono, że dojedzie. Na co konduktor, że „aha, ale od dziś czyli od 1 kwietnia są akurat korekty w rozkładzie”. Świetny żart. Świetny. Ale panna raczej się nie śmieje. Co najwyżej bardziej beczy. Prosi tego konduktora, co by jej ustalił, czy ma jakiś później pociąg do tej Piły, bo ona naprawdę musi być na tym egzaminie, przy czym nieustannie powtarza słowa, że „masakra” i „katastrofa”. Konduktor ma takie małe urządzenie, co wygląda jak terminal płatniczy. Sprawdza, mówi, że nic nie ma. Panna ryczy, dzwoni swym telefonem komórkowym i mówi do słuchawki, żeby tata ją zawiózł autem. O 6 rano. Wysiada z pociągu. Tak jest mi jej żal, że z rozpędu sprawdzam na swym telefonie komórkowym internetowy rozkład jazdy, który wyraźnie mówi mi o tym, że jest pociąg z Piły do Poznania o 11.00, a w Pile jest po godz. 13… Luz. Mój pociąg rusza, nie mam już szans, żeby pannie o tym powiedzieć…

Wracając do historyjki o moim bilecie turystycznym. Konduktor potwierdza – że spoko, że wrócę sobie tym pociągiem co chce, byle nie było to TLK (Tanie Linie Kolejowe, które – BTW – są najdroższe w całej ofercie przewozowej kolei państwowych).

LUZ.

Kto jednak myśli, że to koniec historyjki, ten się okrutnie myli. Otóż – ten sam rzetelny konduktor zabrał się za sprawdzanie biletów. Sprawdza mój. I mówi, że muszę tu jeszcze w miejsce kropeczek wpisać numer dokumentu jakiegoś swojego. NO WAY – dobry żart – myślę sobie. Ale patrzę w ten bilet. Faktycznie. Wykropkowane, że niby ma się tu znaleźć nr dowodu osobistego tudzież innego dokumentu ze zdjęciem. WTF - myślę już sobie nie na żarty. Toż nawet na bilecie lotniczym niczego poza imieniem i nazwiskiem nie ma.

W drodze powrotnej historia się powtarza. Inny pan konduktor patrzy na mnie jak na przestępcę, w efekcie czego cały przedział uważa mnie już za oszustkę i kryminalistkę. Ale numeru dowodu nie wpisałam. BEZ PRZESADY. Mirka jest tylko jedna.

M.

______________________

* Olcia mówi, że skrót PKP pochodzi od "pewnie kogoś poznam". Ale autorka powyższego tekstu ma akurat na myśli Polskie Koleje Państwowe.

 



09:27, themis83
Link Komentarze (1) »
sobota, 31 marca 2012
Bilans 29-latki

Generalnie jak ktoś mnie pyta, ile mam lat, to zawsze się muszę chwilę zastanowić. Bo ciągle mi się wydaje, że 25. Tymczasem ostatni rok dwudziestki leci. Dołączę za 12 miesięcy do Olci, Czarownic i reszty świata. Luz. A bilansu nie będzie. Był za to miły dzień urodzinowy. A dziś - miły dzień na wagarach. Gdyby tylko ta głowa mniej bolała... Luz.

Ale przy okazji w ciągu ostatnich dni dokonałam kilku odkryć:

- dziś rano na przykład odkryłam, że soczewki jednodniowe wcale takie jednodniowe nie są. Producenci i sprzedawcy tych wyrobów optycznych perfidnie wprowadzają klientów w błąd. Okazuje się, że w tych soczewkach można a) zasnąć, b) obudzić się i nadal wszystko normalnie widzieć. 

- jak człowiek np. zgubi żakiet i zorientuje się, że go zgubił po jakiś pięciu godzinach, to spoko luz, bo można na przykład przyjść na drugi dzień do pracy, pójść do urzędowej stołówki i wszystkie panie kucharki od razu biegną z moim żakietem... 

M.

14:06, themis83
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29